Tak jak co roku niestety ruda jesień ,taki wrzesień ...Pogoda w piątek i sobotę pozwoliła ogarnąć trawnik i ziemniaczki. Sprzątanie i porządki przed manewrami. Ogarnełam sama. Trawka skoszona nisko aż bolało ,ale wertykulacja tego wymaga. Poszło szybko, maszyna mała i zgrabna, niezbyt hałaśliwa, słuchawki na uszy i..... nachodzić się trzeba. Poczochrało tego sianka trochę i postanowiłam zgrabić grabiami ,a nie zbierać kosiarką. Niestety jest mech ,choć darń przerwało i widać ziemię .W tamtym roku dałam nawóz anty w granulacje, ale wapno jest konieczne ,a wiosną zasilenie nawozem trawy. Dałam jeszcze oprysk z wrotyczu na pędraki ,tak profilaktycznie. Sąsiadka kupowała dla siebie środek ,ale robiła też wywar sama. Widać je było po miejscu pod basenem ,więc w trawniku też mogą być.Mięśnie dostały w kość po tej robocie. Wykopki od czterech lat maszyną ,choć stosunkowo niezbyt duży to areał ,to zbieranie w kilka osób było zawsze manewrami z robotą i spotkaniem towarzyskim. Dziś popatrzyłam tylko jaki dały plon. Susza była i to od razu widać po ilości. Przyczepa na jedną burtę. Jakoś nie wyobrażam sobie nie mieć własnych ,jakby od tego zależało nasze wyżywienie i być albo nie być

.

Rano niedziela -raniutko ekipę znów pognało do lasu ,jakby to tam dawali złoto ,ale z dziećmi trzeba zostać, nawet jak się nie chce. Pobiegali i wrócili głodni. No cóż kawusia i ciasto na deser na koniec zbiorowego śniadania ,czy to normalne. Zrobili sobie sami i dla dzieci ,tylko czy posprzątają ten argamedon-no jako tako. Marzę by odpocząć ,złapać jeszcze chwilę słońca nic nie robiąc do końca dnia ,ale tak się nie da .Potem obiad i rozejda się każdy do swoich zajęć. Wieczorem zaczeło padać. W przyszłym tygodniu może uda się poplewić trochę na bierząco ,by potem było mniej. Córka zawodowo jedzie Kraków Zakopane, namawiała mnie na krótki wypad ,ale ja nie znoszę podróży. Jak wróci może wypad do restauracji ,bo czasem trzeba zobaczyć jak żyją inni, pobyć trochę razem. Jest się córką mojej mamy ale i matką swojej córki. Taka kolej rzeczy ,kolejny tydzień i zaraz koniec roku.
Zdrowie rzecz najważniejsza ,a już u dzieci czasem kluczowa. Wiem coś o tym .Życzmy sobie i innym w koło zdrowia, i dbajmy o siebie. Niby taki pusty slogan ,a tak realnie trzeba sobie radzić. Dostałam od mamy i wuja sok z czarnego bzu i malinowy z propolisem. Wiosną dostajemy sok z mniszka i sosnowy. Wysuszone noski lipowe na herbatke zostały u mamy ,zabiorę razem z orzechami te moje naturalne skarby. Wnuki patrzą podejrzliwie co im serwuję i najlepszy jest sok z jagód, zwany z gumijagód . W tamtym roku wróciłam do sprawdzonych metod ; poszło sporo cebuli i czosnku. W tym to samo ,trzeba wzmacniać odporność ,choć wykluczyć stres nie jest tak łatwo. W pomidorowym domku zamieszkała pietruszka naciowa ,taka pod osłony ,koperek zamroziłam w słoikach. Rodzinka zaakceptowała i na szczęście lubią zielone Tylko na dynię już patrzeć nie mogę .Nie mam ,ale inni mają ,wiec ja też muszę. Wszyscy taszczą ,a to ciasto z dyni ,a to zupa krem, a nawet dżem . Więc Beatko zdrówka ,a u nas chyba zwyczajnie, normalnie. Co do zakupów, to w tym roku kupiłam do ogrodu solidny namiot ,taki co chroni przed pogoda i można zrobić imprezkę. Moje drogie zakupy to zawsze coś do chaty i to bynajmniej nie coś dużego ,to jest- drogi -drobiazg ,coś co jest klasyczne .Tu jest bardzo klasycznie.
Ogrodowo jeszcze sadzenie borówki i malin. Trochę trzeba uzupełnić nasadzenia. Dla borówki kwaśny torf. Dziwne ,bo koło winogron dosadziłam krzak borówki i dałam kwaśny torf, ale jemu to nie przeszkadza i nawet obcięty do zera liściory ma imponujące ,choć owoce wymroziło ,a u tego drugiego są duże grona. Te nowe nasadzenia też trzeba monitorować ,choć przed sadzeniem trochę poczytałam .Zasadzić w zacisznym miejscu przy ścianie ,akurat gdzie i jak; tu albo wieje ,albo praży jak na patelni .Pasiflora nie zakwitła ,ale chyba nie chce być gorsza od winogrona i produkuje pędziory jak głupia w jego stronę. Coś zrobiłam nie tak. Zimowała w gruncie ,trzeba doczytać. Słońce ma, może nawóz jej nie przypasował. Jak przestanie padać ,to może wiatr przesuszy trochę aksamitki ,to znów uskubię. Mam jeden krzaczor w foli ,bo tam suszyłam ostatnie całe rośliny wyrwane z korzeniami. Ciekawe ile wytrzyma. Dobrze tam ma. No i wyrosły liściorki liliowca z zasadzonych korzeni, które oddzieliłam przy dzieleniu liliowca. Z dużej karpy powstały dwie duże i cztery dodatkowe i to się nazywa udane rozmnożenie. Będzie też sianie maku pełnego z makóweczek ,choć tego zakupionego jeszcze nie ma ,albo coś przeoczyłam

Dalie pięknie kwitną ,te małe też pokazały swoje twarze. Ścinam do wazonu i za każdym razem jest inny. Nie ma czasu focić ,ale one warte są swojej ceny.