Obiecałam napisać o szczepieniu pomidorów

W tamtym roku robiłam to pierwszy raz, zdecydowanie z ciekawości niż dla wyższych celów ale ostatecznie, na dobre mi wyszło, bo podczas suszy i upałów, te szczepione wyraźnie lepiej sobie radziły. Sądzę, że dzięki rozbudowanemu korzeniowi podkładki, mogły lepiej pobierać wodę i substancje odżywcze z podłoża.
Jako podkładki używałam Indigo Rose, jako zrazów Aussie i Opalki.
Pomidory, które zamierzamy szczepić, siejemy wcześniej, sądzę, że teraz jest właściwa pora. Pomiędzy siewem zrazu i podkładki powinna być różnica, mniej więcej tygodnia, żeby łączone części pasowały do siebie grubością. Podkładki siejemy wcześniej.
Ten typ szczepienia nazywa się szczepieniem japońskim, po prostu łączymy obie części na styk i spinamy klamerką. Moje klamerki mają rozmiar 1,5 mm, są naprawdę malutkie, warto wiec zawczasu przygotować lupę do pracy. I dobrą muzykę, najlepiej spokojną, bo nerwowo bywa

Bierzemy się do dzieła, gdy pomidorki mają po jednej parze liści właściwych. Podkładce ucinamy łeb, zraz również dekapitujemy i łączymy obie części.
To była ta łatwiejsza część pracy

Teraz trzeba towarzystwo utrzymać przy życiu, co wymaga wysokiej temperatury (ok.24 st) i wilgotności ( powiedzmy sobie szczerze: im większa wilgotność, tym lepiej)
Każda z moich sadzonek dostała nylonowy kapturek i wszystkie razem wylądowały na półce w bardzo ciepłej i wilgotnej łazience(nie ma okna). Pod doniczki położyłam jeszcze mokry ręcznik. I teraz wkraczamy w fazę ostrej nerwówki

Trzeba być niewzruszonym twardzielem i nawet, gdy nam się wydaje, że zostaliśmy hodowcą trupów, robić swoje: 3 razy na dzień wietrzyć sadzonki (ja przewracałam im woreczki "na lewo"), raz dziennie moczyć ręcznik. Nie zachęcam do spryskiwania, rośliny są za delikatne wg mnie, poza tym woda osiada a ma być w powietrzu.
Roślinom w tej fazie, światło jest zbędne, one nie mają fotosyntezować tylko się zrastać.
Cała operację można przeprowadzić nawet w zakrytym wiadrze, jeśli tylko doniczki tam się zmieszczą. Uwaga: trochę śmierdzi w pomieszczeniu!
Po trzech dniach wynosimy rośliny w jasne i ciepłe miejsce. Nie zdejmujemy jeszcze woreczków, choć, jeśli używaliśmy wykałaczek przy mocowaniu kapturków, warto je wymienić, bo prawdopodobnie spleśniały. Nadal udajemy, że nie widzimy osobników martwych
Stopniowo
odworeczkowujemy sadzonki, najpierw na krótko, potem na coraz dłużej aż w końcu voila (mniej więcej po 10 dniach)
Wszystkie sadzonki w momencie rozbiórki do gołego, powinny już mieć właściwy turgor i stać na baczność. Te, które są oporne, zostają dłuzej o jakiś dzień, dwa, jak im się nie poprawi, mierzymy puls. Prawdopodobnie żegnamy się z nimi. U mnie, chociaż przez dłuższy czas po szczepieniu, sprawy wyglądały tragicznie, ostatecznie wypadło 5 sztuk.
Nie ruszamy klipsów, nie pali się

Dopiero, gdy będą wyraźnie ciasne.
To jest naprawdę budujące doświadczenie, do którego wszystkich zachęcam. Samoocena wzrasta a pomidory też są wdzięczne