Z pamiętnika Wiedźmy:
No i nadeszli „zimni ogrodnicy”, jak zawsze niosąc ze sobą chłód i deszcze.
O ile spadek temperatury to problem, o tyle deszcz był potrzebny jak mało kiedy – zwłaszcza po wyjątkowo suchym kwietniu.
W tunelach i pod osłonami rozsady cierpliwie czekają na bardziej sprzyjającą aurę.
Tymczasem rośliny, które są już w gruncie, nagle nabrały masy.
Dotyczy to niestety również mojej „trawy” – dopiero co koszona, znów wystrzeliła na 30 centymetrów! Choć muszę zaznaczyć, że u mnie słowo „trawa” to spore uproszczenie. W moim ogrodzie nie znajdziecie idealnie wysianej życicy czy wiechliny prosto z torebki.
U mnie rośnie po prostu to, co ma ochotę.
Ta moja zielona murawa to tętniąca życiem mieszanka dzikich roślin, które same wybrały sobie to miejsce.
Jest tam miejsce dla koniczyny, stokrotek, mchu i wszystkich tych dzielnych ziół, które przetrwały próbę czasu.
Taka darń jest znacznie silniejsza, lepiej znosi suszę i karmi pszczoły, a dla mnie jest po prostu prawdziwsza niż sztucznie podtrzymywany przy życiu trawnik z katalogu.
Pierwsze miejsce zajmują...niektórzy nazywają je chwasty, a ja nazywam je przyjaciele.
Mniszki błyskawicznie wypuszczają kwiaty, które niemal w oczach zmieniają się w misterne dmuchawce.
Chwila nieuwagi i wiatr rozniesie biało-szary puch z nasionami po całym świecie. Na rabatach pyszni się również jaskółcze ziele (glistnik). Wyrosło wysoko ponad inne rośliny, szybko żółcąc się drobnym kwieciem.
Glistnik to potężny sojusznik w walce z problemami skórnymi, a mniszek to przecież eliksir młodości i wsparcie dla wątroby. Nawet moje największe utrapienie – gwiazdnica pospolita – ma w sobie moc.
Czy wiedzieliście, że jaskółcze ziele również skrywa tajemnice? Choć kojarzymy je głównie z kurzajkami, jego biochemia jest fascynująca. Dzięki silnym alkaloidom i odpornemu kłączu potrafi przetrwać najgorsze mrozy, by wiosną znów pysznić się na moich rabatach.
Natura wie, co robi, nawet jeśli czasem testuje moją cierpliwość przy pieleniu.
Gwiazdnica to prawdziwa mistrzyni przetrwania.
Tworzy gęste, zielone dywany, które zdają się wyrastać spod ziemi w jedną noc. Jest krucha, delikatna, a jednak niemal niezniszczalna.
Choć walczę z nią o każdy centymetr grządki, muszę jej oddać sprawiedliwość: to witaminowa bomba.
Zawiera mnóstwo witaminy C i E, a w medycynie ludowej ceniona jest za właściwości łagodzące stany zapalne i kojące zmęczone stawy.
Kiedyś mówiono, że tam, gdzie rośnie gwiazdnica, ziemia jest żyzna i dobra – i tego się trzymam, wyrywając kolejną garść tych zielonych niteczek.
Zaraz obok gwiazdnicy wyrasta mój kolejny „ulubieniec” –
przymiotno kanadyjskie. To przybysz z Ameryki Północnej, który tak dobrze poczuł się w naszym klimacie, że próbuje zdominować każdą wolną przestrzeń. Wygląda niepozornie: wysoka, sztywna łodyga zwieńczona wiechą malutkich, biało-żółtych kwiatuszków.
Czy można o nim napisać coś dobrego?
Ależ tak!
Przymiotno to jedno z najcenniejszych ziół przeciwkrwotocznych. Dawniej nazywano je „krwawnikiem kanadyjskim”.
Jego liście są po brzegi wypełnione cennymi olejkami eterycznymi – znajdziecie tam limonen i terpineol, czyli te same związki, które nadają aromat cytrynom czy drzewu herbacianemu.
Olejki i garbniki działają ściągająco i przeciwzapalnie.
Co ciekawe, Indianie używali go do tamowania krwi z nosa i leczenia ran, a w fitoterapii ceni się je za pomoc przy problemach z pękającymi naczynkami
Jeśli chcecie korzystać z jego dobrodziejstw, zbierajcie wyłącznie młode, soczyste okazy, zanim jeszcze zakwitną. To wtedy mają w sobie najwięcej leczniczych soków.
Gdy tylko zobaczycie pierwsze malutkie pączki, uważajcie.
Przymiotno kwitnie błyskawicznie, a jedna roślina potrafi wyprodukować dziesiątki tysięcy nasion, które z pomocą wiatru zamienią Wasz ogród w kanadyjską prerię w zaledwie jeden sezon.
Kolejnym zielonym sprzymierzeńcem w moim ogrodzie jest
wrotycz. To roślina, którą zapraszam do siebie z pełną świadomością. Zawsze uwielbiam mieć przynajmniej jedną solidną kępkę, choć jako ogrodowa wiedźma muszę trzymać rękę na pulsie – cieszę się jego obecnością, ale pilnuję, by nie rozpanoszył się zanadto.
Wrotycz to dla mnie roślina o potężnej, niemal zapomnianej mocy.
Oficjalne źródła najchętniej wymazałyby go z pamięci i książek ale ja w swojej domowej praktyce sięgam po wiedzę sprawdzoną i rzetelną – opieram się na publikacjach dr. Henryka Różańskiego. To właśnie w jego książkach i pracach można znaleźć receptury oraz naukowe uzasadnienie dla wewnętrznego stosowania tej rośliny.
Dla mnie wrotycz to przede wszystkim niezastąpiony sojusznik w oczyszczaniu organizmu.
Jego właściwości antypasożytnicze są nie do przecenienia, a zawarty w nim tujon, stosowany z rozwagą i według ściśle określonych dawek opisanych przez doktora, czyni z niego potężne lekarstwo, a nie zagrożenie. Jego charakterystyczny, kamforowy zapach i żółte kwiaty-guziczki są jedyne i nie do zastąpienia.
W ogrodzie pełni rolę strażnika – odstrasza kleszcze i komary, a w mojej apteczce jest filarem dbania o zdrowie od wewnątrz. Traktuję go z ogromnym szacunkiem, bo wrotycz nie wybacza ignorancji, ale dla świadomej Wiedźmy jest prawdziwym skarbem.
W moim ogrodzie nie może zabraknąć również
żywokostu. Ściągnęłam go z tutaj specjalnie bo to roślina do zadań specjalnych.
Zasiedlił on u mnie miejsca, w których niemal nic innego nie chciałoby rosnąć – tuż pod betonowym płotem.
Jemu to jednak zupełnie nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, rozgościł się tam na dobre, wypuszczając swoje wielkie, owłosione liście i urocze, dzwonkowate kwiaty.
Żywokost to dla mnie symbol regeneracji. Już sama nazwa wskazuje na jego tradycyjne przeznaczenie – „żywi kości”.
I choć współczesna medycyna bywa wobec niego sceptyczna przy stosowaniu wewnętrznym, ja ponownie zaglądam do publikacji dr. Henryka Różańskiego.
Doktor w swoich pracach przypomina o jego potężnych właściwościach regenerujących tkankę kostną i chrzęstną, a także o niezwykłym działaniu powlekającym i przeciwzapalnym.
W ogrodzie żywokost to skarb nie tylko w apteczce. Jego głębokie korzenie wyciągają z ziemi minerały, do których inne rośliny nie mają dostępu, dlatego robię z niego gnojówkę do podlewania pomidorów.
Dziurawiec to kolejna z tych roślin, które w moim ogrodzie mają status stałych domowników.
Jego historia u mnie zaczęła się tak, że lata temu wysiałam go z jednej paczki nasion, a on, najwyraźniej czując się tutaj jak u siebie, postanowił zostać na dobre. Teraz sam zarządza swoją przestrzenią, rozsiewając się z ogromną odwagą. Co ciekawe, najchętniej wybiera sobie najbardziej nieoczywiste miejsca, na przykład szczeliny między brukiem.
Dla wielu to tylko chwast wychodzący z chodnika, ale dla mnie to „ziele świętojańskie” – jedna z najważniejszych roślin w mojej domowej aptece. To słońce zaklęte w żółtych kwiatach, które po roztarciu barwią palce na purpurowo dzięki zawartej w nich hipercynie.
Dziurawiec uprawiam z myślą o moich sprawdzonych rytuałach zdrowotnych. Jego kwiaty to podstawa mojego oleju dziurawcowego (często zwanego krwią św. Jana). Ten rubinowy eliksir jest niezastąpiony do masażu, zwłaszcza gdy ciało potrzebuje głębokiej regeneracji. Zgodnie z wiedzą, którą znajdziemy u dr. Różańskiego, wyciągi olejowe z dziurawca wykazują silne działanie przeciwzapalne i kojące. Ja stosuję go przede wszystkim do regeneracji tkanek chrzęstnych w kręgosłupie – to mój naturalny sposób na zachowanie sprawności i ulgę po ciężkim dniu pracy w ogrodzie.
Dziurawiec uczący nas cierpliwości i szacunku do słońca (pamiętajcie tylko o fotouczuleniu!), to roślina, która doskonale wie, gdzie jest jej miejsce. Nawet jeśli jest to wąska szparka między betonowymi płytami, on potrafi wyciągnąć z niej to, co najlepsze, by potem oddać mi to w postaci leczniczej mocy.
Nie mogę też pominąć
ogórecznika, który swoimi błękitnymi, gwieździstymi kwiatami przyciąga do ogrodu wszystkie pszczoły z okolicy. To roślina o niezwykłej urodzie, ale też o wielkim sercu – dosłownie i w przenośni.
Podobnie jak moje inne zioła, ogórecznik to dla mnie nieocenione źródło zdrowia. Cenię go przede wszystkim za wysoką zawartość kwasu gamma-linolenowego (GLA). W mojej domowej aptece, opierając się na wiedzy dr. Różańskiego, wykorzystuję go jako środek wzmacniający organizm, poprawiający samopoczucie i działający kojąco na układ nerwowy. Jego młode liście o zapachu świeżego ogórka to świetny dodatek do sałatek, ale to w nasionach i kwiatach drzemie największa siła regeneracyjna.
W ogrodzie ogórecznik to roślina-towarzysz. Uwielbiam patrzeć, jak jego owłosione łodygi skrzą się w porannej rosie. Choć czasem potrafi wyrosnąć w samym środku ścieżki, wybaczam mu to – jego obecność poprawia strukturę gleby i sprawia, że sąsiednie rośliny rosną silniejsze. To taki błękitny optymista, który przypomina, że natura potrafi być jednocześnie piękna, smaczna i lecznicza.
Uwielbiam jeść kwiaty ogórecznika bedąc w pobliżu a gdy mam mieć gości, do letnich napojów, zamrażam kwiatuszki w kostkach lodu.
To małe, strzeliste ziółko, które pyszni się przy murku
lnica pospolita.
Kiedyś rosła u mnie dziko, a teraz, podobnie jak dziurawiec, sama wybiera sobie miejsca, rozsiewając się z ogromną odwagą. Uwielbia takie słoneczne, nieco trudne stanowiska, jak ta szczelina przy kamieniach.
Lnica to dla mnie roślina pełna tajemnic. Choć jej kwiaty przypominają malutkie, żółte lwie paszcze (które wkrótce powinny się pojawić), to w jej wnętrzu drzemie potężna, lecznicza siła. Dla wiedźmy to roślina o działaniu powlekającym, przeciwzapalnym i – co dla mnie najważniejsze – wspierającym regenerację.
W swojej domowej aptece, ponownie sięgając po wiedzę dr. Henryka Różańskiego, wykorzystuję lnicę przede wszystkim w formie naparów i wyciągów olejowych. Doktor wskazuje na jej skuteczne działanie przy problemach z układem pokarmowym, ale także przy stanach zapalnych skóry i błon śluzowych. To czyni ją doskonałym dopełnieniem mojego zestawu ziół na stawy i kręgosłup.
Czasem wystarczy pochylić się nad jednym skrawkiem ziemi, by zobaczyć, jak niesamowicie bogaty jest mój ogród
Na pierwszy rzut oka to tylko zielony gąszcz, ale dla wprawnego oka wiedźmy to prawdziwa wystawa osobliwości.
W samym centrum pysznią się długie, ząbkowane liście dzikich sałat, które strzelają w górę, szukając słońca. Tuż obok nich uśmiecha się żółty mniszek, a pod ich osłoną chroni się delikatny glistnik. A pod tym wszystkim? Moja niezniszczalna gwiazdnica, która dba o to, by ani centymetr ziemi nie pozostał goły.
To zdjęcie idealnie podsumowuje moją filozofię – w moim ogrodzie każda roślina, nawet ta, którą inni nazywają chwastem, ma swoje miejsce i swoją opowieść. Wszystkie one, od mocarnego żywokostu po kruchą gwiazdnicę, tworzą ekosystem, z którego czerpię siłę i zdrowie. Każde z nich, czytane przez pryzmat mądrych ksiąg dr. Różańskiego, przestaje być intruzem, a staje się domownikiem.
Pozdrawiam.