Dzień dobry

Styczeń, luty, marzec i ten kawałek kwietnia ... niecałe cztery miesiące uciekły gdzieś, minęły szybko i nawet nie wiem, kiedy. Powoli zbliża się czas powrotu do pracy i aktywności zawodowej, a ja nadal mam dwojakie odczucie: z jednej strony bardzo się cieszę z ponownych spotkań z klientami psimi i ludzkimi oraz z grzebania na półkach w poszukiwaniu towaru dla czworonogów, a z drugiej ciągle mam nieuzasadnione pewnie obawy, wynikające głównie z warunków pracy w centrum handlowym. W trakcie tych kilku miesięcy byłam odizolowana od 12 godzin w hałasie, zaduchu, bez naturalnego światła i - nie ukrywam - w czasami dość dużym stresie ( chociaż kto z nas żyje jak pączek w maśle ? nie powinnam przesadzać ... ).
Pocieszam się, że adaptacja i powrót do codziennych obowiązków zazwyczaj trwa u mnie krótko i szybko odnajduję się w nowej rzeczywistości - mam więc nadzieję na pomyślny scenariusz, tym bardziej, że nadal będę pod kontrolą lekarzy.
Jakby jednak na to nie spojrzeć, to moim skromnym zdaniem, najlepszą terapią są, że tak powiem, warunki naturalne: ruch na powietrzu był od zawsze moim wariactwem i od zawsze wracałam ze spacerów czy szybkich marszrut z ogromną radością i energią, z poczuciem "nowego mózgu", który otwiera się na nowe i żegna stare ( nie zawsze na zawsze ).
Teraz traktuję długie spacery w szybkim tempie bardziej poważnie i z jeszcze większą satysfakcją - włóczenie się po lasach naprawdę pomaga, tym bardziej, że kondycja wydaje się polepszać ....
Podobną euforię odbierałam też podczas ogrodowych szaleństw - kontakt z ciepłą, pachnącą ziemią, zapachy traw, ziół i dojrzewających owoców, ptasie swary i zaloty, grabienie szeleszczących liści czy cichy zachód słońca i wypatrywanie świetlików zawsze niesamowicie uspokajał i gwarantował dobre myśli.
Teraz pozostaje mi namiastka tamtych wspomnień, ale mimo to czuję jakiś rodzaj ulgi i wierzę, że potrafię odnaleźć się w "nowym" życiu, może troszeczkę zmienionym, ale nadal: życiu.
Póki co, zabrałam się do siewów, pikowania, przesadzania i nawożenia - tradycyjnie małej reprezentacji warzyw, ziół i kwiatów. Część roślinek kupiłam już jako rozsady, głównie zioła: tymianek cytrynowy, majeranek, lubczyk i rozmaryn, inne pozyskałam z uprawy cebul, ale porwałam się także na hippeastra, które - odpukać - pączkują, kwitną i wypuszczają zdrowe, silne liście - przynajmniej do tej pory.
Wielkanoc ( z jajkami, sałatkami i sernikiem w roli głównej ) minęła błyskawicznie, pogoda, niestety, nie sprzyja pożegnaniu zimowych ciuszków, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby powoli planować tegoroczne przetwory - już niebawem pojawią się szparagi ( tzn. już są, ale w horrendalnych cenach za pęczek )

Podobno całkiem smaczne są też pędy chmielu - nie miałam jeszcze okazji ich przyrządzenia, chociaż dostępność rzodkiewek i młodych warzyw, jak i zieleniny z własnego parapetu w zupełności mi wystarcza.
Kochani

- bardzo cieplutko Was pozdrawiam, mocno ściskam i życzę słonecznego, bardzo udanego sezonu w naturze.
Kilka wspomnień z działki 2024