Ewuniu, a chwal się chwal, a ja Ci wdzięczna jestem ogromnie.

Podwyższona będzie tylko część warzywnika, bo choć obie części dzieli kilkumetrowy sadek to gleba w obu częściach jest diametralnie różna. Naturalnie miałam jakby dostosowane do różnych wymagań glebowych warzyw. Jednak po zeszłorocznym podtopieniu, akurat tej części która naturalnie wilgoć dobrze trzyma, postanowiłam nie ryzykować, tym bardziej, że na osuszenie gleby doczekać się nie mogę, a przecież zima sucha była. I w tej właśnie wilgotnej części warzywnika postanowiłam zbudować podwyższone grządki, choć trochę mi żal, bo ziemia tam urodzajna, ale zbiorę wierzchnią warstwę i wrzucę na wierzch. Całość oczywiście dokumentuję zdjęciami.
Choć przy okazji budowy podwyższonych grządek, trapią mnie też pewne dylematy... Ponieważ planuję by owe grządki służyły mi dłużej niż jeden sezon, postanowiłam je zaimpregnować, najlepiej nietoksycznym, środkiem. Poczytałam, przedyskutowałam z chrześniakiem chemikiem i stanęło na tym, że najlepszy będzie olej lniany, bo pokost lniany może i lepiej będzie się rozprowadzał, ale też toksyny zawiera. Mąż zlecenie dostał i po olej pojechał. Niestety biorąc pod uwagę ilość i wielkość grządek, cena oleju przekroczyła nasze możliwości finansowe. I tak z wielkim bólem serca, wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi sięgnęłam po toksyczny impregnat. Skrzynie od gleby odizolowane będą folią, ale i tak tego impregnatu przeboleć nie mogę.
A co do mniszka, to u mnie też gnojówka nastawiona

, no nie mogłabym z takiego naturalnego nawozu rosnącego łanami nie skorzystać.
Marysiu nie chciałabym zdradzać niespodzianki, ale niebawem (zakładam, że w weekend majowy) dostaniemy do dyspozycji miejsce gdzie wszystkie takie biologiczne metody będziemy mogli w jednym miejscu zgromadzić.

Jeśli chodzi o perz, to jest to takie zioło, że bez zielonej części za nic nie daje rady i część podziemna ginie. Częste więc zdziabywanie części nadziemnej i przerywanie kłączy choćby glebogryzarką nie powoduje, jak niektórzy sądzą lepszego rozkrzewienia, tylko ciągłe osłabianie perzu a w rezultacie jego wyginięcie. Osobiście spraktykowałam, tylko jak pisałam u Moniki to rozciągnięty w czasie proces i na dużej powierzchni uciążliwy jeśli trzeba robić to ręcznie.
Drugi sposób, to domowy herbicyd. 1 łyżka dżinu (dość drogi alkohol, ale jak ktoś przypadkiem w domu ma to warto te kilka łyżek poświęcić

), 1 łyżka octu jabłkowego (można też zwykły spirytusowy, ale oprysk wówczas jest mocniejszy, lub wtedy bez dżinu). 1 łyżka płynu do naczyń 1 litr gorącej wody. Wszystkie składniki mieszamy i spryskujemy chwasty najlepiej w dniu zapowiadanym jako słoneczny. Przy opryskach należy uważać by nie spryskać sąsiednich roślin ponieważ oprysk jest silnie palący i można sobie zniszczyć rośliny ozdobne. Oprysk w razie potrzeby powtarzać do skutku. Działa dość szybko i bardzo skutecznie. Nie należy też się bać nadmiernego zakwaszenia gleby, ocet szybko wypłukuje się z podłoża. Powodzenia.